W podziękowaniu dla wszystkich którzy pomogli mi to napisać. Jest to fragment książki jaką będę prowadził podczas sesji RPG. Historie są oparte na historia mi nasłanych. W tej części tylko poznajemy bohaterów bez ich osobistych decyzji. Jest to wszystko z góry ustawione. Gracze jeszcze nie biorą udziału w rozgrywce.
Mnich wrzucony do celi zlał się z ciemnościami jakie panowały w izbie. Jego kolor skóry był idealnym kamuflażem w nocy puki się nie ukazywał zębów. Upadł na coś żywego, najpierw pomyślał o jakimś szczurze lecz to okazało się niewielkim człowiekiem lub całkiem sporych rozmiarów niziołkiem.
- Co do …? - Zaczął towarzysz celi lecz nie dał rady dokończyć gdyż ręka mnicha wylądowała mu prosto na języku gdy ten próbował się podnieść.
Drzwi celi jękły w agonii. Wszedł dobrze zbudowany biały człowiek w zbroi i z kajdanami w dłoni. Zapomniałem - dodał z lekkim uśmieszkiem gdyż przed chwilą z rozwagą rzucił jednym o drugiego. Chwycił najpierw niziołka za kostkę przyłożył okowy i one automatycznie jak by były żywe i wspomagane magia zacisnęły się na nodze. Przez chwile rozglądał się po sali w poszukiwaniu nogi nieczystego. Zdał sobie sprawę, że źle się do tego zabiera i zaczął poszukiwania błyszczących się oczu. Gdy je znalazł domyślenie się gdzie jest noga była tylko kwestia czasu. Tak właśnie los złączył ich kajdanami odkupienia chciało by się powiedzieć na wieki wieków lecz istnieją szanse na pękniecie wiązań.
Drewniane drzwi z metalowymi wzmocnieniami, wcale nie ustępowały wytrzymałości kratom w pseudo oknie które tak naprawdę jest ściekiem jak szlo się domyślić, zostały zatrzaśnięte. Znów zapadły ciemności.
- Kim ty u diabla jesteś aby tak tu wpadać? - zapytał w końcu niziołek wypluwając smak czarnego z ust.
- Zurong - odparł - chyba -chwycił się za głowę i ja zaczął rozmasowywać. Niby był mnichem i był odporny na takie uderzenia, lecz oberwał w ranę. Już se przypomniał. Przed wpadnięciem tutaj został obezwładniony przez silne uderzenie obuchu w potylice. Zadawał sobie pytanie czemu, przecież nikt bez powodu nie bije ludzi po głowie. Przypominał sobie misje jaka wyznaczył mu bóg "Nawracaj a będziesz oczyszczony".
Niziołek spojrzał na kajdany. - No pięknie - zrzędliwie dodał - 1,5 m łańcuchu - usiadł i pogrzebał w kieszeni za resztkami ziela fajkowego, nabił fajkę i się rozluźnił. Mnich będącym przeciwnikiem wszystkich rzeczy ograniczających wole i swobodę ciała spojrzał na niego krzywo lecz nic mnie powiedział, wiedział ze muszą zostać w dobrych stosunkach przynajmniej dopóki nie uwolni się z okowów.
- Jak Cie zwą - zagaił z niechęcią Zurong.
- Rożnie mnie zwą. Ale nazywaj mnie Calleb. - odparł puszczając kolejny obwarzanek. - Psujesz plany wiesz o tym?
- Co ale...
- Psujesz plany,
- Ale..
- Wiesz o tym?
- Nie.
- To bądź tego świadomy...
- Nie.
- Nie chcesz być świadomy ze psujesz plany?
- To nie moja wina!
- A niby moja? To ja cie spłodziłem?
- ...
Jeszcze kilka lat temu zmiażdżył by mu czaszkę, gdyż miał bardzo zły dzień a jego opanowanie gasło
- A wiec jaki jest twój plan - wycedził przez zęby uspakajając się
- Nie teraz. Dowiesz się w odpowiednim czasie. - Odwrócił się i powędrował na swoje leże.
- Co tam porabiasz? - zagaił ciemny kompan.
- Nic, tak se skrobię i rozmyślam. - od powiedział takim tonem by towarzysz zrozumiał że nie ma ochoty rozmawiać. Chciał on w spokoju dokończyć to co planował od wczoraj gdy tu trafił, wydostać się. W sumie nie skłamał mu, teraz musiał wymyślić jak się od niego uwolnić. Kajdany jak zauważył były wspomagane magicznie. Nie będzie to takie proste jak tylko myślał samo przecięcie ich nie było by problemem lecz nigdy nie wiadomo jakie zaklęcie na nich rzucono. Liczył, że ktoś go uratuje ale dostał on “liścik” na czaszce szczura. Był to swoisty znak dla ów gildii o treści: “Radź se sam”. Na początku myślał że to jakiś szyfr ale po za tym nic nie było. Pomimo, że zostawili go samego sobie, uznał to za test.
O godzinie na oko 22 gdyż słońce już zaszło prawie, za odchylonym kamieniem kończył już tunel ku wolności. Zrobił by to szybciej ale potrzebował go poszerzyć aby jego “kula u nogi” nie zakorkowała go.
- Dobra - rzekł cicho do siebie. Spojrzał jeszcze raz to tunel i jeszcze raz na ciemnego towarzysza. - Zmieści się - z nadzieją w głosie, Podszedł do towarzysza. Przyjrzał się mu dokładnie.
- Plask - uderzył go raz w twarz. Murzyn się poruszył.
- PLASK - przy grzmocił znacznie mocniej. Murzyn otworzył oczy i przyjrzał mu się. Łotrzyk przygotowywał się do następnego uderzenia lecz tym razem zacisnął pięść. Ciemny jegomość chwycił go za rękę i wyprowadził mu kontrę prosto w nos.
- Czego chcesz? - Zastanawiał się murzyn czemu ktoś go budzi, przecież siedzą w zamkniętej celi i jak by chciał by go zgwałcić budził by go.
- Czemu mnie bijesz? - Odpowiedział trzymając się za nos, gdy otrząsnął się dość mocnym uderzeniu.
- To ty zacząłeś.
- Choć i nie pyskuj - nizioł wskazał na ścianę kamienną.
- Co?
- No chodź - Poszedł do ściany i odsłonił przejście.
- Aaaaa.
Przeciskali się i o dziwo wszystko przebiegało tak jak w planie. Spróbowali biec lecz ich wysiłki skończyły się a daremnie gdyż murzyn przyśpieszył gwałtownie a człowieczek, nie za bardzo za nim nadarzał a doszedł do tego jeszcze łańcuch który wplątał się w nogi.
- Choć no tu.- Ciemnny towarzysz chwycił Calleba i posadził go “na barana”. Pobiegli.
Pasażer domyślił się ze wyglądają dziwnie. Gdy przebiegali koło jakiegoś straganu zerwał płócienny dach i okrył się nim. Zurong rozumiejąc o co mu chodził zerwał komuś szybko jakąś czapkę i podał bagażowi. Nizoł obejrzał się za siebie. Zobaczył 5 osiłków goniących ich.
- W prawo! - Krzyknął. Skęcili w uliczkę prowadzącą do zaprzyjaźnionej karczmy. Wpadli do karczmy.
***
Glombur jest młodym dziewiędziesiątletnim krasnoludem, jego kruczoczarna broda jest dosyć adekwatna do jego wieku i pozycji w dumnym krasnoludzkim klanie Wilków Wojny, swoją mocną budowę zawdzięczał oczywiście genom i tradycyjnemu wychowaniu na wojownika. Piwny kolor oczu cechował cały jego klan. Glombur jak wojownik i syn przywódcy klanu był troszeczkę mało odpowiedzialny, nie dbał o religie, ani filozofię życiową, bez znaczenia była dla niego władza, wielu rzeczy nie rozumiał i nawet nie miał zamiaru poznawać, lubił swój topór, lubił też wypić i zapoznawać nowych przyjaciół. Wędrowanie po okolicach jego rodzinnego miasta Tarndumu dostarczało mu ukojenia i relaksu lubił tamtą skalną okolicę, jednak nigdy nie miał dość odwagi żeby zapuścić się na skalną pustynię w kierunku otwartego świata, krasnoludy lubiły swoje domostwa, nie lubiły podróży w nieznane, nie były potrzebne im przygody. Walka dostarczała wystarczającej rozrywki, była dla nich sposobem na życie, w chwili pokoju jedynymi walkami jakie Glomburowi zdarzyło się toczyć były bójki w karczmach gdy w pijackim szale demolował twarze współbiesiadnikom. Oczywiście zawsze po takich awanturach Glombur zostawał wzywany do Ojca i karany za swoje występki. Ojciec doskonale zdawał sobie sprawę że jego syn nigdy nie zasiądzie na tronie przywódcy klanu, nie miał w sobie krzty odpowiedzialności ponadto nie zdawał sobie sprawy z wagi wiary w życiu każdego krasnoluda-wojownika. karczmy w wiadomym celu spożycia piwa i cieszeniem się rozmowami z przyjezdnymi. Spotkał tam swoich klanowych braci, nie przepadał za nimi byli poważni i ściszonymi głosami rozmawiali o zapewne jeszcze poważniejszych sprawach, krasnolud rozejrzał się po pomieszczeniu, była to średniej wielkości karczma w której mieściło się na oko 8 stolików, przy kontuarze stał sędziwy krasnolud. Na widok Glombura od razu się rozpromienił, i gestem przywołał go do siebie, syn przywódcy klanu był lubianym krasnoludem.
- Co podać ? – zapytał właściciel karczmy
- hmm to co zawsze – odparł Glombur jednocześnie rozglądając się po przybytku i szukając kompana do kufla
- 6 piw na tamten stolik wskazał miejsce gdzie samotnie siedział najprawdopobniej kupiec odziany w szkarłatny płaszcz Glombur podszedł do stolika i bez pytania dosiadł się do mężczyzny, był to wysoki człowiek o jasnej karnacji niebieskich oczach i długich czarnych włosach, za pasem połyskiwał sztylet przyozdobionym z rękojeścią przyozdobioną szmaragdami.
- Witaj mości człowieku, masz ochotę na kufel chłodnego krasnoludzkiego piwa ?
- Jeśli stawiasz drogi przyjacielu -Po tych słowach do stołu podszedł właściciel niosąc 6 butelek z piwem i 2 kufle, postawiwszy je na stole. Glombur rzucił mu zapłatę. I zwrócił się do współbiesiadnika,
- Skąd przybywasz? - Okazało się że wędrowiec w istocie jest handlarzem i przybył tutaj sprzedać swoje kolekcje materiałów i tkanin, miał na imię Brenter i pochodzi z Ludzkiego miasta na północ od Tarndum.Pewnego dnia Glombur jak co tydzień wieczorem wyruszył na przechadzkę do Minęły zaledwie 3 godziny, a Glombur zdał sobie sprawę z tego że Brenter jest niezwykle przyjaznym człowiekiem, szybko tematy zaczęły schodzić na coraz bardziej prywatne sprawy. Około godziny 3 w nocy alkohol sprawił że krasnolud poczuł się senny, pożegnał się i gdy już chciał wstawać i wychodzić, Brenter zapytał się czy nie mógł by go przenocować. Jako że Glombur miał raczej miłe usposobienie, a praktycznie zaprzyjaźnił się z kupcem, zaprosił go do siedziby klanu, gdzie oczywiście nikt obcy nie miał wstępu. Glombur powiedział żeby przed świtem Brenter opuścił Domostwo i sam poszedł spać.
Nazajutrz obudził go raban i krzyk strażników, udało mu się dowiedzieć że ktoś w nocy okradł siedzibę klanu. Glombur zlał się zimnym potem jego przyćmiony umysł zaczął kojarzyć fakty, człowiek którego spotkał wcale nie był tym za kogo się podawał, a on głupi wpuścił go do domu. Po paru długich godzinach stał już przed ojcem tłumacząc się z tego co widział i co zrobił, nie potrafił kłamać więc od razu przyznał się do wpuszczenia złodzieja do siedziby klanu, wtedy dowiedział się że mężczyzna dopuścił się największego świętokractwa i ukradł posążek przedstawiający Krasnoludzkiego Boga wojny, Złotego Wilka. W takiej sytuacji ojciec nie miał wielkiego pola do manewru musiał ukarać syna, a karą było wygnanie. Syn miał do zmierzchu spakować się i opuścić Krasnoludzkie ziemie raz na zawsze i nigdy nie wracać. Tak się stało, tego samego dnia Glombur przedostał się przez granicę i wszedł na trakt wiodący do ludzkiego miasta. Po drodze spotkał on najemników jadących na przerażających bestiach, a były to potwory naprawdę okropne i straszne trzy razy większe od biednego krasnoluda, czteronożne monstra na który siedzieli żołnierze zwane były końmi. Najemnicy minęli sparaliżowanego Glombura bez słowa, dopiero po około pięciu minutach od tego spotkania dzielny wojownik był w stanie iść dalej. Wokół zrobiło się naprawdę ciemno, a zza zakrętu wyłoniła się karczma. Wiele nie myśląc wygnaniec przekroczył próg karczmy, zamówił podłe ludzkie piwo zasiadł w koncie i zaczął rozmyślać nad tym co zrobi dalej.
***
Airon jest brunetem o lekko kręcącej się szopie. Zielone ,przymulone, wyglądające na przyćpane oczy faktycznie są spowodowane tym samym z czym się kojarzyły. Posturowo wystarczająco szupły i wysoki aby miał problemy chodzić w bardziej wiecznej pogodzie. Wiecznie opadał z sił, zdawało się, że to przez lenistwo. Jego roztrzepanie wynikało z tego że często jest przymulony, jest to efektem tego samego powodu co wzrok. Nie lubi okazywać swojego przywiązania do innych i preferował dłuższe przyjaźnie niż przelotne znajomości. Preferuje unikać problemów, lecz nie ucieka przed nimi gdy już do nich dojdzie. Jest ciekawy świata co spowodowało też, że łatwo popada w nałogi. Miał w zwyczaju nosić prostą, lniana koszula przekładana przez głowę, nie lubi nadmiernego przepychu. Nie wyznawał żadnej konkretnej wiary. Najważniejsze dla niego były wartości w życiu to on i ludzie go otaczający
Urodzony w średnio zamożnej rodzinie, ojciec chciał by poszedł on jego śladami w kowalstwo ale Airon był zbyt leniwy. Uciekał z warsztatu ojca by spotykać się ze dobrymi znajomymi, którzy dla niego byli ważniejsi od rodziny. Któregoś razu by przewalczyć nudę i bez troskie lenistwo kolega przyniósł zioło fajkowe zza gór. Airon zaciekawiony również skorzystał. I tak mijał beztrosko jego 15 rok życia.W kolejnych latach poszły mocniejsze środki odurzające. Airon w wieku 16 został odcięty od przez ojca od środków na życie gdyż ten mu nie pomagał i nie zamierzał karmić darmozjada który znika na całe dni. Dzieciak zaczął szukać pracy po znajomościach przyjaciół. Okazało się, że ojciec jednego z znajomych był alchemikiem i potrzebował pomocy w miksturach na czarny rynek. Airon widząc szanse nie tylko zarobu a nauczeni się fachu wytwarzania mikstur, mając nadzieję że zrozumie jak robić eliksiry odurzające. Podobała mu się perspektywa pracy gdzie pozbiera trochę ziółek (lub co lepiej od kupi od kogoś), a później podgrzeje, pomiesza, poczeka. Była to praca idealna dla niego, mało męcząca. Gdy Airon przekroczył 18 lat jego pierwszy znajomy umarł z przedawkowania eliksiru “objawień’. Ćpał wtedy z nim, widział jak jego kolega umierał, dusił się własnymi wymiotami lecz nie mógł nic zrobić, nie miał nad sobą kontroli bo też był pod wpływem. Owy eliksir przejmował kontrolę nad obiektem, jak opentanie. Na nieszczęście jego przyjaciel spożył miksturę wraz z czarcio-ziołem, takie połącznie powodowało wieczne łaknienie. Z racji że dziś świętowali wygraną na loterii w karczmie obiedli się wcześniej, więc gdy zanajomy spożył taką mieszankę jadł tak długo aż się dusił i żygał a ręce dalej w niego wpychały. Zorientował się jak bardzo niebezpieczne substancje zażywał z kolegami przez ostatnie 2 lata. Był to pierwszy krok do odwyku. Lecz nie było to łatwe, jego znajomi nie znając się na odczynnikach chemicznych nie wierzyli mu że jest to tak szkodliwe, nie poszli za nim na odwyk. Airon po pracy nie miał co robić, ten okres spowodował że próbował z siebie wyprzeć okazywanie empatii, izolował się. Właśnie ta izolacja sprawiła, że udało mu się przerwać narkotyczny amok i odkrył magiczne zdolności. Nie był pewien czy ilość “mikstur” jest powodem odblokowania się magicznych zdolności czy posiadał je wcześniej. Nie mógł spytać o to rodziny, cała umarła gdy on się upajał błogimi chwilami wraz z znajomymi . Teraz jedynie czasem popala fajkowe zioło, lub zioła magów. W wolnym od pracy czasie zaczął ćwiczyć zaklęcia. Tak spędził 2 lata.
Airon zorientował się że swoje miasto zna już jak własną kieszeń. Z jednej strony przywiązany do niego, z drugiej ciekawy jak jest gdzie indziej. Biorąc swoje fundusze zarobione u alchemika, wyruszył do sąsiedniego miasta. Alchemik na drogę podarował mu kilka produktów które Airon sam umie wykonać po to żeby szukając pracy mógł zareklamować się co sam umie zrobić, bądź po to żeby sprzedać. W sąsiednim mieście Airon zatrzymał się w karczmie. Zwiedził miasto, chodząc po targu zobaczył w zaułku znajomego dillera, goblina Galtha. Zapamiętał go bo był to pierwszy od którego jego koledzy cokolwiek kupili, potem już go nie widział nigdy aż do teraz. Przygnębiony nawracającymi wspomnieniami wrócił do karczmy żeby odsapnąć wysłuchując barda lub jedząc porządną strawę wraz z winem które dość mocno uderzało mu do głowy.
***
Calleb jest sierotą oczywiście z nie własnego wyboru jak to w większości wypadków bywa, po za szaleńcami. Jest dość wysoki jak na niziołka. Jego wzrost powoduje, że całkiem dużo osób myli go z dzieckiem lub dorosłym karłem kiedy usłyszy sposób w jaki się wypowiada, bowiem 119 cm wzrostu czyni go jednym z najwyższych niziołków w krainie. Może się kojarzyć z arabksą miniaturką terorysty tak z twarzy.Szerokie barki, trzydniowy zarost i orli, złamany nos niektórym może się kojarzyć z ów rasą, lecz jednak tylko to. Czarne długie włosy niebywale zadbane jak na jego zawód. Oczy ma ciemne jak najciemniejsza noc, ten piwny kolor jest tak głęboki że prawie niedostrzegalny.
W obawie przed niepoznaniem swoich korzeni, Calleb jest w stanie zrobić naprawdę wszystko aby uniknąć śmierci zanim nie pozna imion swoich rodziców. Szuka on tak długo i przeżył tyle sytuacji, że przestał wierzyć w jakiekolwiek bóstwo. Preferuje on wierzyć, że nikt nie ma nad nim władzy ani nikt nie zaplanował jego losu. Jego główny cel to poznać swoje imię.
Niziołek jako dzieciak nie znając rodziców ani imienia postanowił wyruszyć za poszukiwaniem korzeni. Od dziecka okradał aby przeżyć, aby się napoić. W wieku 9 lat zabił pierwszego pedofila w ciemnej uliczce. Motto jakim zaczą żyć było “Zabij jeśli chcą cię zabić”.
Przez ów wydarzenia musiał spać w kanałach przez najbliższy miesiąc gdyż widział go jakiś człowiek, żywił się odpadkami.
Pewnego dnia zaplanował że okradnie sklep z biżuterią aby przeżyć kolejny rok. Było to dla niego możliwe dzięki poznaniu dokładnie kanałów. Nauczył się z dzieciństwa budowy kanałów w miastach i przed skokiem zawsze dobrze zwiedzał wszystko i przygotowywał. Dostał się przez studzienkę umiejscowioną w łazience sklepu. O trzeciej w nocy punktualnie jak zawsze pakował wszystko do worka gdy za plecami usłyszał niski głos:
- Całkiem nieźle jak na samouka.- Serce zabiło mu znacznie szybciej, powoli odwrócił się, w stronę z której dochodziły do niego te słowa. To był elf, miał jasne włosy, owalną, szlachetną twarz, był stary, miał dość mocno zaznaczone bruzdy na twarzy, mimo swojego wieku wyglądał na silnego.
- Kim jesteś...? - wycedził Calleb dość zdezorientowany.
- Mówią mi Cień, zarządzam miejscową gildią złodziei i obserwuję cię od jakiegoś czasu, szczerze powiedziawszy jestem pod wrażeniem twoich umiejętności. Zastanawiałem się, czy nie szukasz może miejsca, w którym będziesz mógł swoje talenty wykorzystać. Będziesz miał schronienie, dostęp do pożywienia, nową rodzinę. odparł.
- Haczyk... musi być w tym jakiś haczyk - wyszeptał.
- Otóż, będziesz musiał utrzymywać informacje o istnieniu gildii w tajemnicy i co najmniej 3 razy w miesiącu wykonywać zlecenia. Niziołek nie potrzebował za dużo czasu do namysłu. Propozycja była kusząca i miał by darmowe schronienie w mieście. Zgodził się.
Od tamtego czasu wyglądało zupełnie inaczej. Całym dniami szkolił umiejętności a od czasu do czasu przyjmował zlecenia. Po raz pierwszy w życiu miał on miejsce które mógł nazywać domem. To właśnie tu nadano mu imię Calleb. Każde drzwi stały dla niego otworem. Dostawał zlecenia na inne miasta i po wykonaniu zadania wracał z łupem zawsze do miasta “rodzimego”.
Tym razem miało być tak samo, lecz niestety plany zostały tylko planami. Gdy przyjąmował zlecenie na obrabowanie jakiegoś lablatorium alchemicznego, tak jak zawsze dostał się do niego za pomocą kanałów. Lecz gdy tylko wyszedł ze studzienki poczuł obuch na głowie. Obudził się w celi, lecz nie zaczął panikować bo był pewien że jego klan go wyciągnie. Na wszelki wypadek rozpoczął kopanie tunelu.
Nagle drzwi się otworzyły. Coś zwaliło się na niego niczym głaz.
***
Zurong był typowym czarnoskórym przedstawicielem rasy ludzkie. Żyjąc w niewoli u swoich panów którzy go trzymali ze względu na otaczające ich warunki. Źył z nimi w przyjaźni. Byli oni dla niego jak rodzina, ufali mu bezgranicznie. Jego zawód to wypasanie owiec.
Pewnego dnia gdy wracał z wypasania oweciec poczół jakiś dziwny zapach. Poczuł niepój i pobiegł na wgórze aby zobaczyć co stało się wraz z jego wioską. Cała wioska była spalona i zrównana z ziemią. Zauważył parę postaci przeprowadzających jakieś oprecjane na niedobitkach.
Zurong wpadł w szał. Zapomniał o owcach zapomniał o wszystkich. Chciał tylko rzucić się i zabić to co się rusza wyżyć się, dać upust swojej furii. W tym amoku zabijał wszystko co żywe po drodzę, jak później zrozumiał zabijał też swoich. Na szyi niektórych wisiał brylok z symbolem przekreślonego pionową kreską okręgu. Po jakimiś czasie się uspokoił i ocenił straty. Nie dało się już nic tu odbudować. Poddał się. Ostatnią noc spędził jeszcze na spalenisku. Nazajutrz udał się do mnichów górskich. Chciał odkupić swoje winy, chciał nauczyć się panować nad sobą. Po skończonym trenigu podstawowym poprosił o możliwość niesienia spokoju ducha innym ludziom. Rada starszych odradzała mu tego lecz on był bardzo zdeterminowawany.
Udał się do miasta. Tam widząc jakiegoś nerwusa przy straganie chciał go odrazu uspokoić, w końcu z taką misją tu się udał. Pech chciał, że ten meżczyzna akurat był rasistą. więc jak mnich podszedł ze słowami:
- Proszę uspokój się, złość przynosi tylko same wady. - Powidział poczym przyjacielsko dotknął go w ramię.
- TYYYYY - oczy prawie wyszły mu z orbit. Mnich poznał że ów mężczyszna jest na mocnych narkotykach. - TYYYYYY!!! - powtórzył, poczym mu przyłożył tak mocno że odleciał i udeżył w właśnie przechodzącą straż. Ta widząc czarnego który w ich uderzył bez namysłu przywalił mu w głowę.
Mnich kiedy otworzył oczy był niesiony własnie do celi. Nie zdąrzył zaaragować gdy ktoś rzucił nim w ścianę.
***
Elfka o bladej skóże i jasnych włosach przypomnająca księżycowe elfy, lecz wychowana w zwykłej wiosce ze starymi tradytacjiami. Przeżyła ucząc się na druida ponad jedno pokolenie ludzkie. Miała bowiem 110lat. Świeżak wśród dorosłych.
Anabelle była całkiem przecientym elfem, raczej nie preferowała przyjaźni z ludźmi, za szybko się zmieniali. Wychowała się ona w drudzkiej rodzinie. Nikt do konca nie wie co robi tu rodzina księżycowych elfów. Była ona wybitnie pilną uczennicą przez co nie trzymała się z żadnym gronem uczniów którzy nie mieli ochoty doświadczać nauki.
Nasza elfka czytała bardzo dużo, o historii o polityce ale jednak głównie o roślinach i o szkoleniu swojego zmysłu przeżycia w każdych warunkach. Marzeniem jej jest poznać każdą roślinę i posiąść wiedzę godną druida o zwierzętach. Jej czuły prawie zwierzęcy nos jest chyba ulubioną jej częścią ciała gdyż jak mało kto uwielbia wąchać wszelkie zapachy.
Aby pokonać swoją fobię, zostania samej, dostała misie aby wyruszyć sama w świat. Pomimo że mieli towarzyszyć jej najbliżsi przyjaciele. Sama zdecydowała że uda się wraz ze swym ptakiem i psem do miasta przemyśleć swoje dalsze kroki.
Zasiadła w karczmie i rozłożyła mapę. W tym momencie podszedł do niej jakiś zapijaczony człowiek. Nie chcąc z nim odmawiać, wypatrzyła krasnoluda siedzącego samotnie w kącie. Popijał on piwo. Rzuciła szybko zaklęcie licząc że się uda gdyż tylko o nim czytała. Krasnolud wstał. Mętnym wzrokiem poczłapał w stronę Naprzykrzającego się zaklinacza, jak można było wywnioskować po szatach. Tępe uderzenie pięści o łepetynę chuderlaka było aż nad to potrzebne. Elfka planowała tylko i wyłącznie wcząć bójkę lecz trochę przesadziła z zaklęciem. Człowiek upadając zahaczył głową stół, stracił przytomność.
- Dziękuję - odrzekła elfka, wstając i zajmując się zranionym człowiekiem. Nie spodziewała się, że aż tak krusi są.
- Nie ma w sumie za co… Ja tak jakoś poczułem, że muszę tak poczynić. - Odpowiedział krasnolud nie do końca świadomy tego co się stało.
Otworzyły się drzwi. Wkroczył przez nie prawie 2 metrowa postać w kapeluszu i płaszczu. Ruszyła w stronę karczmarza. Pobrzękiwał łańcuch. Zaklinacz próbował wstać lecz przywalił głową w stół. Światło rozbłysło, wszyscy stanęli w miejscu patrząc co się dzieje. lecz gdy światło znikło, już ich tam nie było…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz